Catching Fireflies - Goose Creek

"Las kocha nas, a my kochamy las!" - pamiętam taką rymowankę z przedszkola i w moim przypadku to nie były puste słowa, bo to uwielbienie zostało we mnie do dzisiaj. Dlatego też nie mogłem przejśc obojętnie koło limitowanej nowości od Goose Creek Catching Fireflies, gdzie na etykiecie widnieje tajemniczy świerkowy las z obrośniętymi mchami głazami, a dookoła odgrywają swój spektakl świetliki nadające temu miejscu niesamowitej magii.
Po prostu za samą etykietę ta świeca musiała się znaleźć na mojej półce!

Wieczorny spacer po lesie gdy nad głową krążą roje czerwcowych świetlików.


Nuty głowy: ciepły bursztyn, paczula, wetiwer
Nuty serca: lawenda, zielone liście
Nuty bazy: szałwia, geranium, jagody jałowca

Teoretycznie zapach tej świecy nie jest w moim guście, bo to kompozycja oscylująca w męskich klimatach. Ale tylko teoretycznie. 
Nie wiem czy mój gust ponownie się zmienia, czy po prostu nie można go klasyfikować w pewnych ramach kategorii zapachowych, ale Catching Fireflies naprawdę trafił w moje upodobania.

Oczywiście nie ulega dyskusji, że jest to zapach męski, ale nie zawiera on ostrych kolońskich nut i jest skutecznie osłodzony nutami bursztynu i lawendy. Gdybym wcześniej nie dostał próbki do testów z Pachnącej Wanny to nie wiem czy czytając nuty zapachowe skusiłbym się na tę świecę. Jak tylko widzę paczulę i geranium w nutach zapachowych to aż przechodzi mnie dreszcz grozy. ;)

Jednak ciężko sobie wyobrazić tak złożone kompozycje, to po prostu przerasta mój intelekt. Trzeba spróbować, by się przekonać.


Dajcie się zabrać na spacer do lasu pełnego tajemniczości, gdzie relaksująca cisza koi wszystkie zmysły, gdzie możecie odetchnąć świeżym lekko żywicznym powietrzem pełnym aromatów mchów i wilgotnej, żyznej próchniczej gleby. To przechadzka w nieznane dlatego tak ekscytująca!

I choć w nutach zapachowych nie znajdziecie wzmianki o żywicy, ani mchach to ja jednak mam wrażenie, ze wyczuwam ich leciutką nutkę, choć równie dobrze może to być efekt mojej bujnej wyobraźni zainspirowanej etykietą, która pobudziła moje wspomnienia przez co dopowiadam sobie pewne aromaty.

Ja szczerze polecam Catching Fireflies wypróbować, choć niestety zapach został wydany tylko w formie dużej świecy, ale warto zaryzykować. Raz się żyje! :)




Komentarze

  1. Ja z kolei uwielbiam paczule. Może za tę jej ziemistość i wytrawność, nadaje świetny klimat! Co do świecy, pewnie nigdy bym się nią nie zainteresowała gdyby nie Twoja recenzja. Mam w domu Camouflage od Yankee i patrząc na ten zapach, byłam przekonana, że są bliźniaczo podobne. Widzę jednak, że bardzo się myliłam. :D Kolejna rzecz do listy chciejstw.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że skutecznie zachęciłem do kupna tej świecy!
    Camouflage niestety nie poznałem, ale z tego co o niej słyszałem też mogę powiedzieć, że nie są do siebie podobne, bo tu nie ma ziemistości :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wizyta w fabryce Yankee Candle!!! - Relacja

Dojrzałe mango od polskiej firmy domkove.pl

Jesienny Deszcz Doroty Szelągowskiej - Aroma Home